Tutaj znajdziecie antyrasizm, antyklasizm, historię osób koloru i pozaeuropejskich cywilizacji oraz postkolonialne spojrzenie na (pop)kulturę.

czwartek, 7 listopada 2024

“Forrest Gump” i amerykański “centryzm”

 Na początek zaznaczę, że bardzo lubię ten film i jest w nim wiele aspektów, które mnie wzruszają. Nie zamierzam też tutaj udowadniać, że “Forrest Gump” to “prawicowa propaganda”, gdyż 1) nadal jest to przede wszystkim film, a nie polityczna agitka 2) współczesna amerykańska prawica jest znacznie bardziej na prawo niż ten tekst kultury. Ale, ale... Trudno mi nie zauważyć, że nad całym filmem unosi się specyficzny centryzm, przez który problemy społeczne pokazano jako indywidualne kwestie dobrej lub złej woli, a kontrkulturę - jako niebezpieczną i destrukcyjną.

Zacznijmy od kwestii rasizmu i od tego, jak pokazano 1) postać Bubby 2) rasistowskie niesprawiedliwości społeczne. Bubba, przyjaciel Forresta z wojska, jest dobry, miły i cały czas mówi tylko o krewetkach. Jest typem świętego naiwniaka, popularnym archetypem Czarnego mężczyzny w ówczesnej amerykańskiej popkulturze. Bo jeszcze te trzydzieści lat temu, jeśli Afroamerykanie dostawali pozytywne przedstawienie, to często robiono z nich takich prostaczków bożych świętszych od papieża... W kontraście do stereotypu czarnoskórego bandyty, który wynikał z innego, jawnego, a nie protekcjonalnego rasizmu. Dlatego trochę mnie śmieszy, gdy ktoś wskazuje “Forresta Gumpa” jako film, gdzie “wszyscy dostali reprezentację i to nie było na siłę, nie co to na tym Netfliksie”. Przykro mi, ale jeśli chcecie dobrej, niestereotypowej reprezentacji Czarnych postaci w popkulturze lat dziewięćdziesiątych, to lepiej pooglądać takie seriale, jak “Star Trek: Następne pokolenie” i “Star Trek: Stacja kosmiczna”.

Bubba to jedno, ale to, jak film ukazuje rasizm systemowy, to inna sprawa. Matka Bubby wraz z resztą dzieci żyła w biedzie? Spoko, dostała pieniądze od Forresta i nawet zatrudniła białą pomoc domową - problem społeczny rozwiązany. Forrest wychował się na posegregowanym Południu w postplantatorskim domu? Nie no, co wy, rasizm nie miał na niego wpływu pomimo okoliczności i epoki... Bo to przecież dobry chłopak.  A Czarne Pantery? Czarne Pantery, afroamerykańską organizację powstałą w odpowiedzi na przemoc policji, pokazano jako wściekłych krzykaczy, którzy ignorują przemoc wobec kobiet (Jenny), i dopiero Forrest musi zainterweniować.

No właśnie, Jenny i amerykańska kontrkultura. Chociaż to związane z nią przemiany społeczne sprawiły np., że zmniejszyła się stygma związana z nieformalnymi związkami, a kobiety dostały inny wybór niż bycie gospodynią domową lub wykonywanie niskopłatnej pracy, kontrkulturę pokazano głównie w negatywnym świetle. Protestujący przeciwko wojnie w Wietnamie to odpychający krzykacze, tak samo Czarne Pantery. Hippisi natomiast wciągają Jenny w narkotyki, co prawdopodobnie później doprowadza do zarażenia się przez nią wirusem HIV. Wspaniała przypowieść ku przestrodze, prawda? Zwłaszcza, że postacią związaną z kontrkulturą jest tutaj wychowana w biedzie przetrwanka kazirodztwa i przemocy seksualnej... Podczas gdy w rzeczywistości większość hippisów to były dzieciaki z klasy średniej. I niewątpliwie trzeba krytykować ówczesne ruchy - m.in. za ukryty seksizm i przywłaszczenie kulturowe. Filmowa krytyka to jednak konserwatywna krytyka ku przestrodze, pełna klisz i uproszczeń.

Trudno orzec, czy te narracje były świadomym mrugnięciem okiem do bardziej konserwatywnej publiczności. Dla mnie “Forrest Gump” pokazuje raczej, że hollywoodzki liberalizm już od wielu dekad był na pokaz i że Hollywood skupia się głównie na promowaniu “bezpiecznych”, mainstreamowych “amerykańskich” wartości. 

poniedziałek, 14 października 2024

“Dawniej” kobiety z dziećmi nie pracowały? Tja, szczególnie czarnoskóre niewolnice czy białe wieśniaczki...

 Twierdzenie, że “dawniej” dzieciate kobiety nie pracowały, to duża manipulacja, zwłaszcza, gdy spojrzymy na historię kobiet z marginalizowanych grup.

Zauważyłam, że - szczególnie w anglojęzycznych dyskusjach - wiele osób obwinia feminizm o to, że kobiety mają trudności z godzeniem pracy opiekuńczej z pracą zarobkową. Nie neoliberalną gospodarkę, która zmusza ludzi do harówki, nie seksizm, który sprawia, że wielu tatusiów nadal ręką nie kiwnie, zwłaszcza przy niemowlaku. Nieee, to wszystko wina feminizmu. Bo dawniej matki “siedziały w domu” i „nie martwiły się o pieniądze”.

Oczywiście należałoby zacząć od tego, że praca opiekuńcza to praca, i że również te kobiety, które były i są “tylko” gospodyniami domowymi, pracują i pracowały. Haczyk kryje się w tym, że na przestrzeni wieków kobiety z dziećmi, w zależności od m. in. klasy społecznej, pochodzenia, czy koloru skóry, nie mogły często pozwolić sobie na to, żeby zajmować się jedynie domem i owymi dziećmi.

Takie argumenty są po prostu śmieszne zwłaszcza w komentarzach Amerykanów, gdyż tam w czasach niewolnictwa Czarne kobiety były darmową siłą roboczą. Traktowano je jak reproduktorki, które miały dostarczać białym panom nowych niewolników. Jeśli zajmowały się dziećmi, to na ich własne nie dawano im czasu (najczęściej zresztą je odbierano i sprzedawano), zmuszając je do opieki nad dziećmi białego państwa. Po zniesieniu niewolnictwa większość Afroamerykanek nadal nie mogła pozwolić sobie na bycie gospodyniami domowymi i pracowała zarobkowo, na Amerykańskim Południu głównie jako służące. Także powojenny American dream domku na przedmieściach ich nie dotyczył. 

Tyle że amerykański komentariat pomija sobie radośnie doświadczenia mniejszości, zakładając, że sytuacja białych gospodyń z klasy średniej czy - we wcześniejszej perspektywie - żon w miarę zamożnych farmerów, była uniwersalna. A taka narracja nie przystaje do bardzo wielu regionów. Również do doświadczenia klas ludowych z Europy Wschodniej. 

Myślicie, że polskie chłopki mogły się zajmować jedynie domem i dziećmi? Te ubogie, a więc większość z nich, raczej nie. Kobiety pracowały w polu, opiekowały się zwierzętami, wytwarzały produkty. Często była to po prostu konieczność. Nie uważano, że kobiety są delikatne i czułe, więc powinny się poświęcać bobaskom li i jedynie. Uważano je za tanią siłę roboczą. I taką tanią siłą roboczą, wbrew romantyzującym konserwatywnym mitom, były i nadal są również kobiety z dziećmi. 

I na koniec rzucę wam takim dowodem anegdotycznym: moje babcie były gospodyniami domowymi w PRL-u, jedna na wsi, druga w mieście. Ta pierwsza nie pracowała tylko w domu, pracowała też w gospodarstwie. Obie łączy to, że i tak więcej czasu poświęcały domowi niż dzieciom, co przyznają moi rodzice. Ani z mojej strony, ani ze strony moich rodziców to nie jest oskarżenie wobec babć. To tylko taka uwaga, że jeśli w rodzinie tylko jedna osoba wykonywała regularne obowiązki domowe, siłą rzeczy nie zostawiało to jej wiele czasu na jakościowy czas z dziećmi. 


wtorek, 24 września 2024

W Polsce ma się dobrze rasizm prewencyjny.

 Rasizmem prewencyjnym nazywam rasizm na wszelki wypadek. Jak to uroczo ujął pewien komentujący “lepiej być rasistowskim teraz, żeby nas potem nie zdominowali”. Tak, chodzi dokładnie o to - że prawa człowieka dla osób z Globalnego Południa trzeba zawiesić. Tak na wszelki wypadek.

Najnowszą odsłoną rasizmu prewencyjnego w Polsce są tzw. patrole obywatelskie. No bo wiecie, osoby, które nie wyglądają wystarczająco biało i polsko, trzeba monitorować. Tak na wszelki wypadek. Patrole te zaczęły się od tego, że w Śremiu w trakcie bójki czterech Kolumbijczyków i jeden Argentyńczyk poraniło dwóch Polaków butelkami. Polacy między sobą też miewają takie bójki, ale jeśli przestępstwo jest polsko-polskie, tłumaczymy je cechami osobniczymi. Jeśli przestępstwo na osobie z Polski popełnia ktoś z Globalnego Południa, nie jest to cecha osobnicza, tylko kulturowa. Wszyscy Latynosi są tacy, wszyscy migranci są tacy, musimy się chronić, itd., itd.

Na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek trzeba powtarzać dehumanizające narracje po tysiąc razy, aż uwierzymy, że uchodźcy i imigranci o ciemnym kolorze skóry, zwłaszcza mężczyźni, to nie ludzie, tylko orkowie z Mordoru.

I ja rozumiem, skąd się bierze to myślenie “na wszelki wypadek”, poza wybiórczym interpretowaniem danych zdarzeń. Kobiety boją się przemocy s*ksualnej, ale boją się też przyznać, że w 80% przypadków ta przemoc spotka je od kogoś, kogo znają. I ten ktoś, kogo znają, to nie ktoś znany z widzenia, tylko partner, szef, czy kolega z pracy. Łatwo taki strach przerzucić na figurę obcego i oblec się w prewencyjny rasizm (“muszę być rasistką, żeby bronić praw kobiet przed mniejszością muzułmańską”).

Inny aspekt tego strachu jest taki, że nadal czujemy się społeczeństwem na dorobku, więc np. gdy chodzi o migrację, nie ufamy ludziom, którzy zostawiają wszystko z powodu wojen i biedy, które dla nas są tak daleko. Dlatego również nie ufamy komuś, kto potrzebuje pomocy od państwa. To nie tylko rasizm - to także klasizm, strach przed osobami, które statystycznie są bardziej narażone na ubóstwo niż zasiedziali mieszkańcy danego kraju. 

poniedziałek, 2 września 2024

Wojenki kulturowe niczego nie wnoszą do dyskusji o popkulturze.

No dobrze, to dlaczego zatem często piszę o aferach castingowych? Właśnie dlatego, że wierzę, że jakość filmu czy serialu należy oceniać na podstawie scenariusza, aktorstwa, montażu itd., a nie na podstawie koloru skóry syrenki czy płci Liet Kynes(a). Pewnie, pisałabym więcej o takich techniczno-artystycznych aspektach, ale one, nawiasem mówiąc, bardziej nadają się do blogu lub profilu poświęconego stricte popkulturze.

No dobrze, ale wiecie, co byłoby fajne? Byłoby fajnie, gdyby kiepskie lub przeciętne produkcje, które wychodziły mniej więcej po 2015 roku, krytykowano właśnie za kwestie techniczno-artystyczne, a nie za to, że są za bardzo “woke”. Byłoby też fajnie, gdyby komentariat nie ulegał teoriom spiskowym w rodzaju “«Chłopi» byli za bardzo biali na Oscara”. No bo wiecie, w takim “Oppenhaimerze” grali przecież sami Czarni i lesbijki na wózkach.

W obecnym kontekście kulturowo-politycznym dochodzimy do sytuacji, w której nawet jak powiesz, że owszem, serial x ci się nie spodobał z powodu np. kiepskiego scenariusza, niedopracowanych dekoracji i średniego aktorstwa, to dostaniesz odpowiedź, że to wszystko wina obsady zatrudnianej za różnorodność, a w ogóle to promocja LGBT+ za 9.99. I jak to rozumieć? Że np. jakby “Akolita” był o białych heteroseksualnych chłopakach, to magicznie poprawiłby się scenariusz, tempo narracji, lore i aktorstwo? 

Sorry, ale to medium tak nie działa, chociaż wielu “fanów” chciałoby, żeby tak było. Potem dostajemy niemerytoryczną krytykę i właściwie zero dyskusji na temat artystycznej i technicznej strony filmów, gier i seriali. Oczywiście są kanały czy blogi, które potrafią krytykować merytorycznie (tak, lewaki nie mają obowiązku lubić “Pierścieni Władzy”). Dla mnie to np. Zwierz Popkulturalny albo kanały Bez Schematu i Mistycyzm Popkulturowy. Tylko że różni obuŻeni spod znaku Drwala Rębajło mają niestety większą widoczność. 


poniedziałek, 19 sierpnia 2024

“Mnie nic za darmo nie dali” to najpopularniejsza klasistowska narracja w Polsce.

 “Jak miał_m źle, to ty też masz mieć źle.” Niestety taka logika odpowiada wielu Polkom i Polakom. Zauważcie jak wiele osób na propozycje zmian reaguje argumentem “mnie nie dawali, to dlaczego teraz mają dawać”. Więcej akademików, na przykład. Jakieś ułatwienia dla osób na studiach. O nie, tak nie wolno. A w ogóle najlepiej, żeby studia były płatne same w sobie, bo mówią, że w Stanach to działa, przecież tam jest tak elytarnie.

Nie to, żeby osoby z takim mindsetem wykazywały się dla odmiany zrozumieniem dla ludzi bez wyższego wykształcenia. No nie. Np. osoby pracujące fizycznie w takich narracjach zanikają, bo przecież trudno sobie wyobrazić, że ktoś z klasy ludowej pracuje rzetelnie i efektywnie po szkole średniej czy zawodowej. Są albo osiemsetplusy na zasiłku, albo magistry. Nic innego nie ma.

No właśnie. Słynne osiemsetplusy. Co jak co, ale to świadczenia rodzinne królują w “dlaczego teraz dają”. Co z tego, że świadczenia tego rodzaju są normą w Europie Zachodniej, w tej Europie, do której ponoć aspirujemy. Co z tego, że nie ziściły się scenariusze z przepijającymi rodzicami i kobietami rezygnującymi z aktywności zawodowej. Wcześniej świadczeń nie było, to teraz też nie powinno być.

A wiecie, o czym to wszystko świadczy? O resentymencie. O darwinizmie społecznym z czasów transformacji, który się nam mocno zakodował. “Pies ogrodnika - sam nie zje i drugiemu nie da”. Wielu ludzi lubi być takimi psami. 

wtorek, 13 sierpnia 2024

“Gwiezdne wojny” i spreparowane oburzenie na mniejszości

 O spreparowanym oburzeniu porozmawiamy na przykładzie franczyzy “Gwiezdnych Wojen”, zwłaszcza tego, jak niepowodzenia i niewypały zwalano w ostatnich latach na osoby PoC i kobiety.

Ostatnio uświadomiłam sobie, że na logikę pierwszoplanowa postać Finna w trzeciej trylogii nie powinna nikogo oburzać i prowokować komentarzy o wciskaniu Czarnych na siłę i upadku białej rasy w kosmosie. Lando w pierwszej trylogii nikomu nie przeszkadzał. A w science fiction jako takim już w latach osiemdziesiątych był np. Geordi LaForge w “Star Trek: Następne pokolenie”. Co więcej, podobnie jak John Boyega, grający tę rolę LeVar Burton ma ciemnobrązową skórę i rysy twarzy, które nie wpisują się w eurocentryczne kanony (ponoć to miało odrzucić “fanów” od postaci Finna). Osoby oglądające “Następne pokolenie” jakoś nie odrzucało. Dodajmy, że Geordi miał też wątki romantyczne z białymi kobietami, ale jakoś nikt wtedy nie straszył upadkiem białego człowieka™. Potem Star Trek dał nam również Czarnego kapitana stacji kosmicznej. Dlaczego wtedy nie było oburzenia? Bo oburzenie się nie opłacało. 

Tak samo Rey nie była przecież pierwszą bohaterką filmu o, nazwijmy to, przygodowej fabule. W gruncie rzeczy w latach dziesiątych XXI wieku widownia nie powinna była się dziwić, że filmy o “przygodowej” fabule mogą opowiadać zarówno o mężczyznach/chłopakach, jak i o kobietach/dziewczynach. 

Pisałam, że oburzenie się nie opłacało. Ale zaczęło się opłacać w epoce Gamergate, MAGA, fake newsów i teorii spiskowych na temat Wielkiego Zastąpienia. W takich czasach wyszła ostatnia trylogia i w takich czasach wychodzą seriale z uniwersum - i te jakościowo dobre, i te jakościowo złe. W tych tekstach kultury, niezależnie od ich jakości, jest więcej kobiet i osób PoC niż kilkadziesiąt lat temu. A skoro jest ich więcej, to w razie niewypału zawsze można znaleźć winnego. 

poniedziałek, 15 lipca 2024

Bardziej boję się konkordatu niż kalifatu.

 


Wiecie, jak dobrze mamy w Polsce? Mamy dobrze, bo polskim kobietom nie grozi kalifat, a Francuzkom czy Szwedkom to już tak. Nie wiem wprawdzie, jak w jakimś europejskim kraju miałby zostać wprowadzony kalifat, bo tamtejsze mniejszości muzułmańskie ani nie mają takiej woli politycznej, ani nie są na tyle duże demograficznie, żeby coś takiego się mogło się wydarzyć. Nie wspominając o tym, że potrzeba by było kalifa... Takie rządy w jakimś kraju Europy Zachodniej są równie prawdopodobne, co rządy Padyszacha Imperatora.

No dobrze, ale pewnie domyślacie się już, co symbolicznie mają pokazywać moje memiczne mapy? Zwłaszcza prawica straszy nas mało prawdopodobnym zagrożeniem by odciągnąć naszą uwagę od realnych problemów. To nie przypadek, że strefami szariatu straszą ugrupowania, które same nie mają nic przeciwko temu, żeby religia dyktowała prawo... Byle był to katolicyzm. Mamy realny problem od ponad trzydziestu lat - układy z Kościołem hamują prawa reprodukcyjne Polek i nie tylko. Ale zawsze można przecież nas nastraszyć. Może i żyjemy w państwie tylko nominalnie świeckim, ale nie grozi nam kalifat, nie co to na tym Zgniłym Zachodzie. 

czwartek, 13 czerwca 2024

Twierdzenie, że cywilizacja mogła powstać tylko w patriarchacie jest zwyczajnie seksistowskie i nieprawdziwe.

 Spotykacie się czasami z komentarzami, że kobiety narzekają na patriarchat, a przecież bez niego nic by nie miały? Że wszystkie Prawdziwe Cywilizacje były patriarchalne, a jeśli nie były, to nie przetrwały długo? No cóż, takie twierdzenia są oparte nie tylko na seksizmie i mizoginii, ale też na europocentryzmie, i to takim wręcz zachodnioeuropejskim. Według tej logiki rozwój to hierarchia i przemoc, a kultury uznawane za cywilizacje muszą spełniać pewne bardzo wąskie kryteria (jak powstanie pisma, oficjalna państwowość, rolnictwo agrarne, a nie oparte np. na ogrodnictwie). 

Zacznijmy od tego, że istniały rozwinięte kultury, jak np. kultura minojska, które nie były patriarchalne. W wielu cywilizacjach pozycja kobiet zmieniała się też przez wieki. Dzisiaj inaczej patrzymy na rolę kobiet w Starożytnej Mezopotamii. Dzisiaj wiemy też np., że ok. drugiego wieku naszej ery w sudańskim królestwie Meroe władza przeszła w ręce królowych kandake. Wiemy też, że w kontynentalnej Europie były cywilizacje i kultury, jak Etruskowie czy Baskowie, wśród których kobiety miały wysoką pozycję społeczną. No i? No i radziły sobie całkiem dobrze. Nie należy też zapominać o Ameryce Północnej, gdzie wiele Rdzennych grup etnicznych w żadnym razie nie żyło w patriarchacie, a jednak uprawiało rolę i tworzyło federacje plemienne... Co nie wpisywało się w wąskie, europejskie rozumienie cywilizacji, ale to osobny temat. 

Trudno nie odnieść wrażenia, że te twierdzenia sprowadzają się do jednego. Cis mężczyźni są statystycznie silniejsi fizycznie, więc lepsi. Jak zwykle zostajemy z mityczną lodówką na czwartym piętrze, przy okazji zapominając, że kobiety od wieków zajmowały się różnymi zadaniami. Jeśli bycie kapłanką, uzdrowicielką czy handlarką nie jest budowaniem cywilizacji, to co nim jest? Jeśli kobiety nie wynalazłyby m.in. WI-FI, przenośnej lodówki, zmywarki czy centralnego ogrzewania, to gdzie byśmy teraz były? Na pewno miałybyśmy mniej “cywilizowania”, o którym tak lubią się rozpisywać rozmaici seksiści. 

sobota, 25 maja 2024

Ekranizacja “Diuny”, czyli blaski i cienie polityki reprezentacji

 Mam dla was trochę głębszą refleksję dotyczącą ekranizacji “Diuny” przez Denisa Villeneuve'a. W sumie dobrze ona pokazuje, co się sprawdza we współczesnym koncepcie reprezentacji, a w jakich kwestiach on zawodzi.

Problemem tej ekranizacji - bez względu na świetną muzykę i zapierające dech w piersiach wybrane sekwencje i krajobrazy - jest bardzo bezpieczne podejście do włączania pozaeuropejskich motywów. No dobrze, niech będzie, że ten Herbert się inspirował Azją Zachodnią i Afryką Północną. No dobrze, zostawimy najważniejsze terminy po arabsku/inspirowane arabskim, bo to brzmi efektownie - Mahdi, Muad'Dib, Szej Hulud. No dobrze, niech statyści będą z regionu, i niech Chani ma przyjaciółkę, którą gra aktorka pochodzenia arabskiego. Ale żeby wzorować fremeński na arabskim? Żeby osoby z regionu dostały naprawdę istotne role wśród fremeńskich postaci? No bez przesady.

Tak jak kiedyś wspominałam, takie przekierowywanie i rozwadnianie inspiracji Herberta wcale nie chroni przed islamofobią. I tak, reżyser miał do tego prawo. Mógł podążyć ścieżką innych wyobrażeń. Tylko że wskazanie, że w powieściowej “Diunie” jest więcej elementów związanych z Azją Zachodnią i Afryką Północną, to nie czepialstwo. Mamy prawo żałować, że w filmach wykorzystano je w mniejszym stopniu.

Zachodzi tutaj jeszcze inne ciekawe zjawisko. Trudno nie odnieść wrażenia, że dla wielu osób na widowni pozaeuropejskie inspiracje są “takie same”. Dlatego to, że postaci Liet Kynes czy Dżamisa są Czarne nie wywołały takiego oburzenia, jakie powstałoby, gdyby umieszczono je w bardziej “biało” kodowanym settingu. Kolor skóry Chani też w sumie przeszedł bez echa (pewnie dlatego, że typem urody blisko jej do białości). Nie bez echa przeszła jednak jej osobowość.

To ciekawe, że postać, która ani nie wypowiada się, ani nie zachowuje się anachronicznie na tle świata przedstawionego (nawet nie mówi językiem czwartej fali feminizmu, smuteczek), została okrzyknięta woke podróbką tej dobrej, książkowej Chani. Najwyraźniej kobieta wygadana i rezolutna zawsze będzie za bardzo woke, nawet jeśli twórcy filmów wiarygodnie wpletli do nich zmiany. A refleksja nad tym, czy oznaką emancypacji zawsze musi być równanie do męskich aktywności i chwytanie za broń? Czy lekarka albo rzemieślniczka byłaby mniej wyemancypowana? Oj, to pewnie już zbyt skomplikowane. 



piątek, 3 maja 2024

Fandom “Ojca chrzestnego” romantyzuje toksyczne zjawiska.

 Ponieważ ostatnimi czasy bardzo popularna jest “Diuna” (i przypominanie, że lepiej nie simpować Paula Atrydy), uświadomiło mi to, że cykl Herberta i filmy Villeneuve'a to tylko jedne z wielu tekstów kultury, których własny fandom czasami nie rozumie. Mamy też bardzo popularną trylogię filmową, której fandom dopuszcza tylko jedną interpretację, no bo przecież po co ograniczać gatekeeping?

Otóż fandom “Ojca chrzestnego” zachowuje się tak, jakby te filmy były tylko konserwatywną opowieścią o Tradycyjnej Włoskiej Rodzinie™. To, że pokazują one toksyczną męskość - i to wcale nie w pozytywnym świetle - jakoś nikomu nie przychodzi do głowy. Ani to, że fatum, hybris i inne komponenty “ziemnomorskie” służą pokazaniu tego, że mafijna przemoc nie popłaca, bo pokolenie za pokoleniem płacisz utratą miłości i człowieczeństwa, i krwią własnych dzieci. No bo wiecie, gdzie tam przykładać do filmów dla Prawdziwych Mężczyzn z jogurtem tylko dla mężczyzn jakieś ramy toksycznej męskości? Jakieś przyziemne refleksje na temat tego, jak przezroczyste w naszej kulturze są agresja i gniew mężczyzn? Jakieś spostrzeżenia, że film może okazać się krytyką toksycznych zjawisk nawet gdy nie była to główna lub świadoma intencja twórców? 

Ale trzeba też wspomnieć o kwestiach, które filmom udały się mniej więcej w jednej trzeciej. Otóż... Porządne sagi rodzinne nigdy nie miały wyrąbane na postaci kobiece. Pod tym względem trylogia Coppoli to typowe filmy sensacyjne swej epoki, a nie saga rodzinna - bo saga rodzinna nie powinna pomijać połowy rodziny. Fandomowi to nie przeszkadza, co więcej, romantyzuje on toksyczne wątki, czego koronnym przykładem jest teoria, że miłością życia Michaela Corleone była milcząca jako ta Westalka szesnastolatka, Apollonia Vitelli. Szesnastolatka. Uwielbiam zapach groomingu o poranku.

Romantyzowanie transakcyjnego związku opartego na tym, że dwudziestosiedmioletni facet zdradził narzeczoną i poślubił małoletnią, która w czasie ekranowym praktycznie się nie odzywa, nie jest urocze. Serio dostrzeżmy wreszcie, że ten związek miał więcej wspólnego z małżeństwem Jaguś i Boryny niż z historią miłosną. A co ważniejsze, byłoby bardzo miło, gdyby więcej osób ogarnęło, że w drugiej części Kay Adams to przetrwanka przemocy domowej, i że narracja sugeruje nam, że tak powinno się ją postrzegać. Nie była wredna ani głupia, bo nie chciała się “dopasować”. Uciekła od męża, który pobił ją i chciał od niej dziedziców z 🍆, a nie dzieci do kochania. Dla mnie przesłaniem tego wątku jest “dobrze, że uwolniłaś się od przemocowego gnojka”. I dobrze, że ten przemocowy gnojek, bratobójca-żonobijca, zostaje na końcu sam. 


poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Dystopie przestały się sprzedawać, bo dostrzegłyśmy, że nasz świat jest wystarczająco dystopijny.

 Jeszcze kilkanaście lat temu w literaturze młodzieżowej bardzo popularne były dystopie (nie mylić z postapo, chociaż wiele tekstów kultury nakłada na siebie te elementy). Dzisiaj, jeśli np. mówimy o ekstrapolacji niedalekiej przyszłości, bardziej popularne wydaje się postapo (co jakoś mnie nie dziwi).

Dlaczego młodzieżowe dystopie nie przyciągają już tyle uwagi? Moim zdaniem dlatego, że dostrzegłyśmy, jak bardzo scenariusze coraz bardziej wymyślnych podziałów odbiegają od faktycznej dystopii, która dzieje się na naszych oczach. Wizje tego, że w przyszłości miano by dzielić ludzi ze względu na cechy charakteru/robienie sobie tatuaży/whatever są po prostu śmieszne i naiwne w porównaniu z tym, co obserwujemy tu i teraz. 

Kolejne wojny. Ludobójstwo w Palestynie, w  Sudanie, w Kongo. Katastrofa klimatyczna. Kryzys uchodźczy. Nekropolityka na granicach Europy. Aresztowania osób, które ośmielają się protestować przeciwko ludobójstwu. Aresztowania osób, które ostrzegają przed katastrofą klimatyczną. Inwigilująca sztuczna inteligencja. To jest prawdziwa dystopia. 

Nie oznacza to, że wiele osób autorskich tego nie przewidziało, i że nie ma mądrych dystopii, które opowiadają o katastrofie klimatycznej, nasilającym się rasizmie, czy wielokryzysie. Tylko że jeśli chcecie poczytać takie dystopie, radziłabym wam jednak sięgnąć po twórczość Octavii S. Butler, Johna Brunnera, albo Ursuli Le Guin zamiast po “Dotyk Julii” czy “Niezgodną”. I nie, nie znaczy to, że młodzieżowe dystopie to był/jest jakiś chłam. Tylko większość z nich nie jest społecznie wiarygodna.

środa, 3 kwietnia 2024

"To tylko rozrywka", czyli po co nam płytkie interpretacje popkultury?

 „Avatar:  Legenda Aanga”, „Matrix”, „Star Trek”, a ostatnio „Diuna” to tylko wybrane przykłady znanych filmów i seriali, przed których głębszą interpretacją ucieka wiele osób. To tylko bajka. To tylko rozrywka. Dla niektórych osób rzeczywiście tak jest. A inne używają takich wyrażeń, aby zniechęcać innych fanów do krytycznego lub odkrywczego spojrzenia. Jest to częścią szerszej neokonserwatywnej strategii dotyczącej podejścia do tekstów kultury. 

Nie myśl za dużo. Nie zastanawiaj się. I w pierwszej kolejności wystrzegaj się feministycznych, socjalistycznych, ekologicznych, czy postkolonialnych interpretacji. O to chodzi w tej strategii. To swoisty gatekeeping spojrzenia na teksty kultury. I często ignorowanie tego, co chcieli przekazać twórcy i/lub twórczynie.

„Star Trek” to nie tylko przygodówka w kosmosie. Od początku było to uniwersum z określoną wizją przyszłości, unikatową, bo pełną nadziei. Było to też uniwersum z ważnymi pytaniami. Czym jest człowiek? Czym jest czas? Czym jest Obcy? Tekst kultury nie musi być neurotycznym filmem studyjnym, żeby próbować odpowiedzieć na pewne uniwersalne pytania. A jeśli chodzi o aspekt polityczny, to mogę tylko potwierdzić, że przejście do fandomu „Star Treka”, bo „Gwiezdne Wojny” zrobiły się „too woke”, to raczej nie jest dobry pomysł🤡. 

Tak samo animowany „Avatar” czy książkowa „Diuna” miały do powiedzenia coś głębszego - ZWŁASZCZA o kolonializmie i imperializmie. To nie przypadek, że takie odczytanie „Avatara” często spotyka się z reakcją „przecież to tylko bajka dla dzieci”. To również nie przypadek, że wiele osób nie chce wiedzieć, co inspirowało Franka Herberta w trakcie pisania cyklu o Diunie - m.in. algierska wojna o niepodległość, walka Beduinów z Imperium Osmańskim, opór Palestyńczyków wobec izraelskiej okupacji. To nie przypadek, że wielu ludziom jest na rękę, gdy w adaptacji Denisa Villeneuve'a trudniej się dopatrzyć tych inspiracji Herberta. Pomimo powierzchownej inkluzywności współczesnych filmów i seriali antykolonializm nie jest w cenie. Zwłaszcza, gdy jakiś tekst kultury miałby skonfrontować nas z naszą islamofobią czy ignorowaniem tego, jak nowożytne imperia powstawały na ludobójstwach podbitej rdzennej ludności. 


czwartek, 21 marca 2024

Jak filmowa "Diuna" wymazuje muzułmańskie i azjatyckie inspiracje oryginału.

 Na początek mała uwaga: nie, to nie jest krytyka jakości filmów Denisa Villeneuve'a. Niewątpliwie są to filmy świetnie zagrane, filmy, które umieją w wielkie narracje, filmy, które przedstawiają ciekawą wizję przyszłości i podejmują ważne zagadnienia. Tak samo nie neguję tego, że lepiej, że na ekran nie przeniesiono homofobiczno-fatfobicznych implikacji związanych z baronem Harkonnenem, a Chani dano większą rolę niż bycie Wierną Ukochaną Bohatera Tragicznego. Są kwestie, w których zmiany były potrzebne. Ale są też kwestie, które z filmów usunięto - i to nie w imię artystycznej wolności tylko raczej artystycznej... Łatwizny. 

Inspiracje muzułmańskie oraz związane z Azją Zachodnią i Afryką Północną są kluczowe w uniwersum Herberta. Sama walka Fremenów była inspirowana walką Algierczyków o niepodległość, a ich język miał być - częściowo - ekstrapolacją arabskiego w przyszłości. Także imperium Corrinów, rządzone przez Padyszacha, z elitarną formacją sardaukarów inspirowanych janczarami, na poziomie odniesień ma więcej wspólnego z Imperium Osmańskim niż z europejskimi mocarstwami. To wszystko widać w nazewnictwie, w koncepcjach filozoficznych i religijnych świata przedstawionego. Tymczasem w filmach wiele tych aspektów usunięto. I nie, wcale nie był to dobry wybór, i wcale nie chroni on muzułmanów przed negatywnymi skojarzeniami. 

Może ktoś spyta, no weś, Paul miał stanąć na czele dżihadu? Fremeni mieli krzyczeć po arabsku? Ty wiesz, jak to się kojarzy? To by tylko napędzało islamofobię. No cóż, islamofobia nie potrzebuje wysokobudżetowego science fiction do napędzania, politycy finansujący ludobójstwo w Palestynie i straszący muzułmańskimi uchodźcami wystarczą. To nie wina uniwersum Herberta, że w imię „wojny z terrorem” pewne pojęcia kojarzą się z terroryzmem, a nie z walką o wolność. A wiecie, co jest gorsze od tego, że jakiejś osobie coś by się źle skojarzyło? Wymazywanie. 

W filmowej „Diunie” nie ma żadnej osoby z Afryki Północnej i Azji Zachodniej w jakiejkolwiek istotnej roli. Chani czy Stilgar - zapomnijcie, że Fremenów kiedykolwiek mogliby zagrać Arabowie czy Amazygowie. Tak samo zresztą dzieje się w kinie biblijnym, które regularnie pomija osoby z regionu. To jest islamofobia. To jest ksenofobia. To jest przywłaszczenie kulturowe. Wszystko o was bez was. 

Poprawność polityczna nie jest wtedy, kiedy Chani gra Czarna aktorka, a Liet Kynes to kobieta. Poprawność polityczna jest wtedy, kiedy wymazujesz ludzi i integralne inspiracje po to, żeby było gładko i przyjemnie dla zachodniego widza. I nie, te zmiany wprowadzono nie po to, żeby nie urazić muzułmanów. Wprowadzono je po to, żeby ich wymazać. 

Źródła:

https://www.cosmopolitan.com/uk/entertainment/a60007426/dune-2-middle-east-north-africa-muslim-influence-erasure/

https://www.digitalspy.com/movies/a60021028/dune-2-colonialism-orientalism/

https://inkstickmedia.com/erasing-arabs-from-dune/

https://blogs.kent.ac.uk/munitions-of-the-mind/2022/04/04/frank-herberts-dune-and-orientalism/

poniedziałek, 11 marca 2024

Postrzeganie "rasy" jest różne w różnych miejscach świata.

 Trudno nie odnieść wrażenia, że na tzw. Zachodzie (tak, w Polsce też) rasizm nie ma już charakteru naukowego, jak w dziewiętnastym wieku. Teraz opiera się on na prostej dychotomii. Ludzie pochodzenia europejskiego są biali, reszta nie. Warto pokazywać, jak dwulicowe i suprematystyczne są to założenia. To one leżą u podstaw przyzwalania na ludobójstwa i budowania „Twierdzy Europa”. Tylko że reszta świata ma swoje własne rasistowskie założenia. 

Pewnego razu pewna osoba zostawiła na moim instagramowym profilu komentarz, że jej koleżance z Egiptu nie przyszłoby do głowy uważać się za osobę koloru, osobę niebiałą. W Polsce, przy wyzywaniu ludzi z Afryki Północnej od c*apatych, może to dziwić. Ale w kontekście Azji Zachodniej i Afryki Północnej nie jest to dziwne. Osoba, która u siebie w kraju uważa się za białą, może już nie być biała po przybyciu do Europy. 

Podobne mechanizmy można zauważyć w Ameryce Łacińskiej, w Indiach, czy w Azji Wschodniej. Czy coś je łączy? Cóż, wszystkie rasizmy świata zazwyczaj mają coś wspólnego... Antyczarność oraz wymazywanie nieprawomyślnego pochodzenia. 

Ten drugi mechanizm można zauważyć w Ameryce Łacińskiej, gdzie większość ludzi w jakimś stopniu pochodzi od rdzennych mieszkańców (i od Afrykanów). Ale jeśli ktoś wygląda biało i nie mówi o rdzennych czy czarnoskórych przodkach, może uchodzić za osobę białą. Coś, co w Stanach Zjednoczonych byłoby przyczynkiem do uznania danej osoby za członka lub czlonkinię Rdzennej grupy etnicznej, w Ameryce Łacińskiej jest nieistotne z punktu widzenia ideologii „mestizaje”, mieszania się „ras”.

 Pierwszy mechanizm, antyczarność, został podkręcony przez zachodni imperializm, ale wywodzi się też z klasistowskich i kolorystycznych hierarchii społecznych. W takim układzie czarność to przeciwieństwo białości. To także brak odniesień w świecie, w którym jaśniejszą skórą można zasygnalizować wyższy status społeczny. Rasizm wobec Czarnych istnieje nie tylko na Zachodzie - wystarczy spojrzeć na to, jak traktowani są sudańscy uchodźcy w Egipcie, czy na to, jak czarne osoby ukazuje się w Azji Wschodniej. 

poniedziałek, 26 lutego 2024

Świadomość społeczna na temat pańszczyzny zmienia się także w popkulturze.

 Przez wiele lat na krytykę stosunków społecznych na polskiej wsi w czasach pańszczyzny odpowiadano argumentem „skoro w PRL-u krytykowano pańszczyznę, to krytykowanie pańszczyzny jest złe”. Na szczęście w ciągu ostatnich lat wiele osób przestało się nabierać na szantaż moralny pt. „TO KOMUNIS!1!” Pojawiły się też nowe publikacje opisujące życie chłopów pańszczyźnianych (i nie tylko nich). To sprawiło, że nasze myślenie o pańszczyźnie mimo wszystko się zmieniło, a ludowa historia w jakimś stopniu weszła do mainstreamu - i do popkultury.

Nie będę tutaj rozstrzygać, czy serial „1670” jest libkowy czy lewicowy, śmieszny czy nieśmieszny. Chciałabym tylko zwrócić waszą uwagę, że jest to odejście od sienkiewiczowskiego rozumienia siedemnastego wieku. U Sienkiewicza chłopi i mieszczanie się nie liczą, a szlachta to swoje chłopaki (nawet jeśli z wadami). „1670” pokazuje głównie wady - co jest odświeżające po tak popularnym kulcie sarmacji. A „ja się wszystkiego dorobiłem ciężką pracą moich chłopów pańszczyźnianych”? Nawet taka satyra w krzywym zwierciadle ukazuje, z czego brał się szlachecki dobrobyt.  

Mamy też „Kosa”. Film o Kościuszce. O chłopie pańszczyźnianym Ignacu. O Czarnym wyzwoleńcu Domingo. Film o pańszczyźnie i niewolnictwie, który w gruncie rzeczy stawia tezę, że to pańszczyzna była grzechem głównym Pierwszej Rzeczypospolitej. Czy porównywanie kolonialnego niewolnictwa z pańszczyzną jest zasadne? Nie zawsze. Na pewno nie powinno prowadzić do wniosku, że my nie musimy myśleć o rasizmie i z niego się rozliczać, bo SAMI się dosyć nacierpieliśmy. Ale też, moim zdaniem, taki whataboutism to absolutnie nie jest przesłanie tego filmu. 

Zestawienie pańszczyzny i niewolnictwa ma nami wstrząsnąć, pokazać skalę społecznej niesprawiedliwości. Przez tyle lat mówiono nam, że mamy prawo do cierpienia tylko jako naród, jako ofiary najeźdźców. Cierpienie klasowe? Cierpienie, które Polacy zadawali Polakom? To miano przemilczeć. Na szczęście „Kos” na ten temat nie milczy i pokazuje, że skoro nie należy relatywizować niewolnictwa, to nie należy też relatywizować pańszczyzny. Jest to ważniejsze, niż może się wydawać - właśnie dlatego, że utarło się, że nie mamy narzekać na "swoich". Kim jednak byli przez wieki ci swoi, z którymi kolejne pokolenia miały się utożsamiać? Szlachtą. 

Widziałam już różne polemiki z krytyką przemocowego klasizmu w I RP. Że jednostronna. Że to szkalowanie Zamoyskich czy innych Czartoryskich, którzy Tyle Dali Polsce. Że po co przekładać nasz światopogląd na tamte czasy. Oczywiście, krytyka w tym stylu uderza też w rewizjonistyczne teksty kultury, głównie w "1670", no bo wiadomo, jeśli coś jest popularne, to i będą po tym jechać. A wiecie, co jest w tym dobre? Że bezmyślne usprawiedliwianie pańszczyzny powoli odchodzi do lamusa i zostaje tam, gdzie się domyślacie - na łamach różnych "Do Rzeczy" i "Gazet Polskich", według których cierpienie, panie Areczku, to jest dla narodu, a nie dla jakiegoś tam ludu.  

wtorek, 6 lutego 2024

Dla kogo Jane Austen, czyli „Rozważna i romantyczna” od Hallmarku.

 „Rozważna i romantyczna” to pierwsza powieść Jane Austen. Opowiada o siostrach Elinor i Marianne Dashwood, wydziedziczonych szlachciankach, które po śmierci ojca muszą przyzwyczaić się do... No cóż, do niższej stopy życiowej. Elinor jest rozważna, Marianne romantyczna. Jeśli rzeczywiście żyłyby na początku dziewiętnastego wieku, byłyby białymi Angielkami. Czy muszą być też nimi aktorki grające panią i panny Dashwood? A jeśli nie są, to z czego wynika to na gruncie amerykańskim?

Tak, mówimy o gruncie amerykańskim, gdyż amerykańska jest stacja Hallmark. Popularny dzięki filmom telewizyjnym skierowanym do kobiet, jest to w rzeczywistości kanał dość konserwatywny, który często krytykowano za skupianie się prawie tylko na białych postaciach. W tym kontekście Czarne panny Dashwood to szukanie nowej widowni - Afroamerykanek - i próba ocieplenia wizerunku. Ale czy chodzi tylko o zysk i cynicznie kalkulacje? Moim zdaniem nie.

Hallmark ogarnął, że nie tylko białe kobiety - czy, ogólnie, białe osoby - mają prawo do eskapizmu. Umówmy się, telewizyjne produkcje kostiumowe to po prostu rozrywka. A tego typu adaptacja klasyki ma ją przybliżyć widowni w sposób miły i utożsamialny. Co w tym złego? Eskapistyczne lub realistyczne produkcje historyczne/kostiumowe współistniały od zawsze. W ostatnich latach do eskapizmu - prócz radosnego zapominania o klasizmie, nietolerancji religijnej, czy ksenofobii - doszły tematy rasowe. To wszystko. 

Ten eskapizm ma jeszcze jeden wymiar, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone. W Wielkiej Brytanii kostiumowe produkcje color blind służą nie tyle eskapizmowi, co włączaniu Czarnych czy induskich Brytyjczyków, a więc powiązane są z migracją. W USA natomiast to część trendu, w którym Wielką Brytanię, tę historyczną, postrzega się jako wyidealizowaną krainę balów, romantyzmu i wielkich rezydencji. Czy jest to wizja naiwna? Owszem. Ale produkcje kostiumowe mogą służyć różnym celom. Wychodzi na to, że już nie lewacki Netflix, tylko Hallmark będzie nam indoktrynował zapatrzone w TikToka małolaty. A ja dla uspokojenia nastrojów pragnę przypomnieć, że skoro wiemy, że cesarz Klaudiusz nie pochodził z Brytanii, a papież Aleksander VI był Katalończykiem, a nie Brytyjczykiem, to nie przepalą nam się mózgi od ogarnięcia, że angielskie ziemiaństwo było białe, ale nie musi być takie na dzisiejszych ekranach. 

środa, 31 stycznia 2024

„Wytępić całe to bydło” - reportaż(e) o kolonialnym ludobójstwie

 


„Wytępić całe to bydło” oraz „Terra Nullius” to dwa niezwykle ważne reportaże szwedzkiego literaturoznawcy Svena Lindqvista. W książce, którą widzicie na pierwszym slajdzie, zebrano je w jednym tomie. Co je łączy? To rzetelna literatura faktu o różnych obliczach kolonialnego ludobójstwa. W „Wytępić całe to bydło” Lindqvist opisuje ludobójcze strategie Europejczyków w różnych częściach świata. „Terra Nullius” to natomiast reportaż o apartheidzie, w którym żyła rdzenna ludność z Australii - i o tym, jak nadal rzutuje to na zagrożenie biedą, chorobami i uzależnieniami.

W „Wytępić całe to bydło” Lindqvist stawia bardzo ważną tezę - Holokaust nie był pierwszym ludobójstwem przeprowadzonym przez Europejczyków. Jeśli pytamy, jak do tego doszło, nie musimy cofać się do okrucieństw Wojny Stuletniej czy Trzydziestoletniej. Wystarczy spojrzeć na ludobójstwa przeprowadzane przez Europejczyków w koloniach - na to, jak król Leopold zabił około sześciu milionów Kongijczyków. Na to, jak Niemcy zabijali w Namibii Hererów. Na to, jak zabito wszystkich rdzennych mieszkańców Tasmanii.

Dlaczego na to pozwalano? Czy ludzie „nie wiedzieli”? Lindqvist pokazuje, że wiedzieli. I poza pewnymi wyjątkami - przyzwalali. Przyzwalali, ponieważ każdą grupę etniczną, która nie była biała i nie spełniała eurocentrycznej definicji „cywilizacji” uważano albo za dz*kusów skazanych na wymarcie, albo za przeszkodę na drodze postępu i cywilizacji, którą należy usunąć. W dziewiętnastym wieku i na początku dwudziestego zaprzęgano do tego rasizm naukowy, czego również nie pomija autor.

„Terra Nullius”, tytuł drugiego reportażu, odnosi się do kolejnego aspektu kolonialnej polityki - do koncepcji ziemi niczyjej. Rdzenni Australijczycy nie wyglądali i nie żyli jak Europejczycy, inaczej też patrzyli na kwestie własności. Dlatego można było ogłosić ich tereny ziemią niczyją. I je zagarnąć.

 To reportaż, który pokazuje, że ludobójstwo to nie tylko masakry i zabijanie ludności cywilnej. To także wysiedlenia, zabieranie ziemi, przemoc wobec kobiet, rozpijanie, i zabieranie dzieci o mieszanym pochodzeniu, aby w przypominających więzienia szkołach uczyły się, jak być parobkami i służącymi białych.

Myślę, że oba te reportaże są dla osób, które chcą poznać odpowiedzi na trudne pytania - i to odpowiedzi, które niekoniecznie nam się spodobają. Nowożytne ludobójstwo nie zaczęło się wraz z rzezią Ormian lub Holokaustem, a Australia nie była ziemią niczyją, tą „dobrą kolonią”, gdzie rdzennej ludności nie robiono krzywdy. 

wtorek, 16 stycznia 2024

Co źle się zestarzało w pierwszym serialu "Star Trek"?

 Ta kwestia zasługuje na długi artykuł, a może nawet i książkę. Nie dlatego, by oryginalny "Star Trek" był czystym złem, a jego oglądanie niemoralnym aktem, tylko dlatego, że wkrótce będzie to serial sprzed sześćdziesięciu lat (powstawał w latach 1966-1969). Przez tyle dekad wiele się zmieniło, a i twórcy franczyzy byli tego świadomi, z czasem zmieniając podejście do wybranych kosmicznych ras i ról danych grup społecznych. To skomplikowana kwestia, toteż rzeczy, które poniżej wypunktowałam, to tylko zarys pewnych problemów. Problemów w serialu, który, dodam, szczerze polubiłam, i który przekonał mnie do dalszego oglądania "Następnego pokolenia" i umieszczenia filmów i następnych seriali z uniwersum na mojej liście widzowskiej. 

 1. Powierzchowna inkluzywność

 Rzeczywiście, oryginalny „Star Trek” był jednym z pierwszych seriali, w którym osoby PoC miały regularne role - Afroamerykanka Nichelle Nichols jako Uhura i Amerykanin japońskiego pochodzenia, George Takei, jako Sulu. Były to jednak role drugoplanowe, a inne postaci PoC pojawiały się epizodycznie. Były też chwile, kiedy serial przełamywał stereotypy - np. obsadzając Czarnego aktora w roli archetypicznego genialnego naukowca (The Ultimate Computer), albo wprowadzając pierwszą scenę pocałunku pomiędzy czarną i białą osobą (Plato's Stepchildren).

 2. Brownface i inne

 Klingonów - wojowniczych i bezwzględnych prawie-zawsze antagonistów - zazwyczaj grali biali aktorzy w tzw. brownface - to znaczy z przyciemnioną skórą, która miała wzbudzać ogólne skojarzenia z osobami PoC, a nie, jak blackface, tylko z Czarnymi. Biali grający postaci i grupy kodowane jako PoC pojawiali się też w innych odcinkach, niekoniecznie związanych z Klingonami. Oczywiście w latach sześćdziesiątych były to częste praktyki, ale skoro chwalimy „Star Trek” za progresywną wizję Ziemi bez wojen i głodu, z ludźmi o różnych kolorach skóry pracujących równorzędnie na statku kosmicznym, to należy też zauważyć, że niestety w wielu aspektach serial był typowym dzieckiem swoich czasów. 

3. Role płciowe

 W tym aspekcie też wiele się zmieniło - i dobrze - i to w sumie już na etapie „Następnego pokolenia”. W pierwszym serialu z franczyzy kobiety nie mogą być kapitankami statków, a jak chcą, to pewnie jakieś sfrustrowane baby (niestety takie przesłanie pozostawia ostatni odcinek serialu). Noszą też króciutkie spódniczki i obcisłe rajstopy. Może i są oficerkami, dyplomatkami, czy naukowczyniami, ale inaczej niż chociażby w „Następnym pokoleniu”, nie dostają odcinków o „sobie”. Postrzegane są głównie jako tzw. love interests - przede wszystkim dla kapitana Kirka, który prezentuje typowy, tradycyjny wzorzec męskości. Umie się bić, szybko podejmuje decyzje, a jego najlepsi przyjaciele, Spock i doktor McCoy, to inni mężczyźni. 

...

 Piszę o tym wszystkim nie po to, żeby oczerniać serial tak istotny dla historii science fiction, tylko po to, żeby ocenić go uczciwie. Warto się przyglądać, skąd brały się stereotypowe role i wątki - i jak powszechne było to w „przygodowych” produkcjach, niezależnie od settingu. Nie oznacza to, że w pierwszym „Star Treku” nie ma momentów, które wychodzą poza swoje czasy - i takie można w nim znaleźć. Nie chcę też tutaj czynić porównań z innymi seriami science fiction. I co ważne, „Star Trek” jako całość, jako cykl, uczył i uczy się na swoich błędach. Na przestrzeni lat w filmach i serialach zmieniło się podejście do wcześniej „wrogich” ras kosmitów, do roli kobiet i osób queerowych. Trzeba było na to lat, ale w ostatecznym rozrachunku to uniwersum dorosło do narracji o bardziej równej przyszłości pełnej nadziei.



czwartek, 11 stycznia 2024

Dawniej mówiło się o „niższych rasach”, teraz mówi się o „różnicach kulturowych”.

 Ziobro zdziwienia, że rasizm się trzyma, co nie? Tylko że w dzisiejszych czasach nie wypada przyznać, że chodzi o kolor skóry czy o pochodzenie spoza Europy. Dzisiaj nie mówimy już, że przeszkadza nam ciemnobrązowa skóra Afrykanów czy opalona cera osób z Azji Zachodniej. Nie mówimy o niższych rasach, chociaż nadal wierzymy, że Afryka dzika, a Arabowie to może kiedyś mieli jakąś cywilizację, ale potem zatrzymali się w rozwoju. Cóż, dyskurs mimo wszystko trochę się zmienił, więc trzeba znaleźć nowe słowo-wytrych. 

Tak, dzisiaj można grzecznie i zgrabnie mówić o różnicach kulturowych. W imię tego dyskursu nie wierzymy, już na start, w udaną integrację i wyrównywanie szans. Skoro Francja czy Szwecja coś zaniedbały w polityce migracyjnej, to najlepiej takiej polityki nie prowadzić. Najlepiej pozwalać ludziom umierać na granicach Europy. Przecież to różnice kulturowe. Najlepiej straszyć gw*łcicielami i złodziejami, po czym usprawiedliwiać polsko-polską przemoc s*ksualną i nie płacić podatków. Najlepiej straszyć strefami szariatu, a potem popierać prawo oparte na religii... Dopóki tylko jest to katolicyzm. Najlepiej szczuć na osoby niezamożne, często uciekające przed wojnami i katastrofą klimatyczną. No bo przecież różnice kulturowe. 

Najlepiej wreszcie udawać, że przemiany społeczne w Europie nie wynikały często ze sprzeciwu wobec opresyjnych tradycji, tylko z podtrzymywania tychże. No bo wiecie, religijny konserwatyzm jest spoko, dopóki tylko jest europejski. 

sobota, 6 stycznia 2024

Zostawmy porównania z faszyzmem dla poważnych spraw, a nie wojenek kulturowych.

Tak, uważam, że porównania z faszyzmem są uprawnione, gdy mówimy o ludobójstwie w Gazie. Są uprawnione, gdy mówimy o nekropolityce na europejskich i amerykańskich granicach. Czystki etniczne oraz żerowanie na lęku przed „obcymi” to straszne i poważne sprawy. I właśnie dlatego te porównania są uprawnione - żeby ostrzegać i wzywać do działania. Bo zło się powtarza. Zło się powtarza, a politycy je wspierają.

Tak samo porównywanie Orbana, konfiarzy, czy hiszpańskiej Vox z faszystami to nie przesada. Faszyzm to proces. Zaczyna się od wykorzystania lęków i niezadowolenia społeczeństwa w polityce masowej, a kończy się na ludobójstwach i wojnach napaśćczych. To, że jakiś kraj nie doszedł do ostatniego etapu, nie oznacza, że kiedyś niestety do niego nie dojdzie. Albo że nie wspiera ludobójczych działań innych krajów. Albo że nie dzieje się to w jakiejś pośredniej formie. 

Prosiłabym natomiast, żebyśmy serio dały sobie spokój z mówieniem o umownych filmach kostiumowych „to tak, jakby naziści... ”. Każdy nierówny, hierarchiczny system społeczny prędzej czy później dałoby się porównać do faszyzmu. Ciekawe jakoś, że nikt nie używa takich porównań, gdy dyskutujemy o pańszczyźnie czy o zachwycie kulturą szlachecką? No cóż, to dlatego, że w dawnej Polsce o opresji decydowała klasa i etniczność, a nie kolor skóry. Dlatego nasze filmy możemy sobie oglądać komfortowo, a szantaż moralny Czarnymi SS-manami zostawić na użytek jechania po ciemnoskórej królowej w tym czy innym zagranicznym serialu. Bo owszem, jest to szantaż moralny, który ma zawstydzać tych odbiorców, którzy nie mają nic przeciwko wybranym przemianom w popkulturze. Dodam jeszcze że często te same osoby, które uciekają się do tego szantażu, czują się szantażowane, gdy ktoś zwraca uwagę na... Faszystowskie elementy polityki w tzw. demokratycznych krajach. No cóż, łatwiej oburzać się zmianami popkulturowymi niż zostawianiem ludzi na śmierć i mordowaniem cywili. W takim świecie żyjemy i naprawdę chciałabym, żeby ta diagnoza nie była przesadą. 

Polecanki wewnątrzblogowe

Skoro już tu jesteście...

... To zapraszam was do wypełnienia kilku ankiet. Nie przejmujcie się, jeśli nie będziecie w stanie rozpoznać postaci historycznych, których...