Tutaj znajdziecie antyrasizm, antyklasizm, historię osób koloru i pozaeuropejskich cywilizacji oraz postkolonialne spojrzenie na (pop)kulturę.

czwartek, 17 lutego 2022

Nie, nie mam nic przeciwko Czarnym elfom i krasnoludzicom.

W nowej wersji Władcy Pierścieni od Amazona pojawi się m.in. Czarny elf i Czarna krasnoludzica, a są to nowe postaci. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy w adaptacji utworu dopisuje się nowe postaci i zmienia się ich wygląd. Więc o co ten ból d*py, ja się pytam?

Wiem, że Tolkien jest kontrowersyjny. Kodowanie orków, ciemnoskórzy Haradrimowie jako sojusznicy Saurona, Vanyarowie jako najpiękniejsze elfy ever gdyż albowiem są blondynami. To nie jest kontrowersyjne, to jest wręcz bardzo problematyczne. Ale może jeśli reinterpretujemy tekst kultury, to lepiej skupić się na jego uniwersalnych i pozytywnych aspektach? Takich, jak, no nie wiem... Współpraca dosłownie odrębnych humanoidalnych gatunków w obliczu zła? Przekraczanie barier i stereotypów? Skoro w Śródziemiu żyją mityczne istoty, to dlaczego muszą być białe? Elfowie są utożsamiani z pięknem, a czy piękno=białość? Niekoniecznie. To, że Tolkien był dzieckiem swoich czasów, nie znaczy, że musimy powielać ówczesne uprzedzenia.

A twierdzenie że tworzył “mitologię dla Anglii” nie oznacza, że nie inspirują się nią osoby z różnych części świata. Zresztą pojęcie tego, kto jest Anglikiem czy Angielką też się trochę zmieniło. Nawiasem mówiąc, czy Dido Elizabeth Belle i Samuel Coleridge-Taylor, osoby o mieszanym pochodzeniu rasowym, były jakoś gorszymi Anglikami od Tolkiena?

I tak, niestety łatwiej po raz kolejny zekranizować kultową powieść o Śródziemiu, niż literaturę fantasy z nurtu “own voices”. N. K. Jemisin, Elizabeth Lim, Toni Adeyemi - mnóstwo autorek i autorów tworzy powieści fantasy inspirowane np. kulturą Chin czy Afryki Zachodniej. Tylko czy osoby postulujące “niech kręcą własne seriale zamiast zmieniać kanon istniejących uniwersów” naprawdę chciałyby zobaczyć takie ekranizacje? Ja bardzo bym chciała. Ale coś mi się wydaje, że wiele osób podchodzi do tego na zasadzie “wtedy nie musiałbym widzieć ich na oczy”. Bo o to niestety często chodzi. O powrót do świata, w którym ludzie koloru są milczący i niewidzialni. Więc nawet jeśli takie zamordystyczne korpo jak Amazon robi względnie zdywersyfikowany serial, to się cieszę. Nie znaczy to, że mam bezkrytyczny stosunek do castingów color blind. Zmieniają się twarze, europocentryczne settingi pozostają. Ale lepsze już to, niż niewidzialność. 

Mam sentyment do twórczości Tolkiena. I dlatego właśnie uważam, że jest ona dla wszystkich. Nie tylko dla mnie. Nie tylko dla ludzi białych jak ja. 

piątek, 11 lutego 2022

Afery nie wybuchały o teksty kultury dotyczące Ameryki Łacińskiej aż do...

 Do "Naszego magicznego Encanto" oczywiście. Dzisiaj, w luźnej rozkminie, spróbuje się zastanowić, dlaczego.

Kiedy pojawiają się spory o (głównie brytyjskie) produkcje kostiumowe z aktorami i aktorkami koloru, można też przewidzieć pewne argumenty. Sugestie, że w takim razie powinno się zrobić film o białych niewolnikach. Albo że pokazywanie ludzi koloru w sytuacjach władzy robi im krzywdę. No i ofkors tradycyjne sprowadzanie wszystkiego do politycznej poprawności. Podczas gdy w rzeczywistości takie zmiany castingowe wynikają z tego, że od kilkudziesięciu lat m.in. Afrykanie i Karaibczycy są istotną mniejszością w UK. I wiecie co? Te osoby też czują się Brytyjczykami. A wszystko to nazywa się "reprezentacja".

No dobrze, ale jak to się ma do Ameryki Łacińskiej? Czy tam nie ma tekstów kultury, które można by podciągnąć pod ideę reprezentacji, nawet jeśli nie było to intencją autorów i autorek? I czy można znaleźć tam np. ten słynny film czy serial o białych niewolnikach? Moim zdaniem odpowiedź na oba te pytania brzmi: tak. 

Biali niewolnicy? Nie pamiętacie już "Niewolnicy Isaury"? Osoby koloru w rolach i na stanowiskach, których raczej byśmy się nie spodziewały? Konfiguracje etniczne, które w Polsce wzbudziłyby czysty flejm? Proszę bardzo, wszystko to znajdziecie u Marqueza.  Prezes firmy, który jest mixed-race, a jego prawą ręką jest czarnoskóra kobieta? Miłość w czasach zarazy się kłania. Markiz, którego teściem był Rdzenny Amerykanin? Rdzenny Amerykanin, powtarzam. Znajdziecie taki wątek w O miłości i innych demonach. Niewinny Arab zabity przez zacietrzewionych w kulturze wendety katolików? Nie, to nie wszechobecny terror politycznej poprawności. To tylko Kronika zapowiedzianej śmierci. Zmiana tożsamości rasowej znanej postaci na podstawie spekulacji dotyczących domniemanych czarnoskórych przodkiń? Nie, to nie Bridgertonowie. To Generał w labiryncie. Ogarnijcie się trochę.

I nie wyliczam tutaj tego wszystkiego, aby pokazać wam, że Márquez był the wokest albo the least problematic, mówiąc w pongliszu. W jego twórczości są pewne bardzo niefajne elementy. A problematyka jego utworów nie ogranicza się przecież do konfiguracji rasowych, które w europejskim kontekście są bardzo zaskakujące. Niemniej, w rzeczonym kontekście i przeniesione na ekran, mogłyby wzbudzić outrage na miarę Anny Boleyn. Tej z 2021. A nie wzbudzają, i raczej się na to nie zanosi. Dlaczego?

Myślę, że dlatego, gdyż Ameryka Łacińska traktowana jest jako obszar peryferyjny. Peryferie się nie liczą. To, co jest polityczne w centrum, na peryferiach staje się neutralne. Mieszane małżeństwa u kolonialnej szlachty? Oj tam, oj tam, przecież TAM i tak WSZYSCY są PoC, prawda? Tam kolor skóry się nie liczy. Nic bardziej mylnego. Ale żeby to zrozumieć, trzeba się Ameryką Łacińską w ogóle zainteresować. A większość osób zainteresuje się nią tylko wtedy, gdy najpierw zrobi to centrum. Czyli Disney, dajmy na to.

I dlatego nagle okazuje się, że Nasze magiczne Encanto jest flameable. No bo jak to, żeby zrobić animację o jakichś Latynosach? Żeby pokazać kulturę inną, niż Amerykanów? Skandal! To pozbywanie się białych ludzi!

Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby dojść do takiego rozumowania. Ale wiem, że rzeczona animacja może być inspirująca dla Amerykanów latynoamerykańskiego pochodzenia, którzy generalnie są niedoreprezentowani w mediach. Każdy taki film jest ważny, każdy taki film może powiedzieć nam coś nowego o otaczającym nas świecie. I tego się trzymajmy. 

piątek, 4 lutego 2022

Dziwna historia pewnej konwersacji

 Czy jest wam przykro, gdy bliskie wam osoby mówią nieprawdziwe rzeczy poparte uprzedzeniami i strachem? Mnie było tak przykro wiele razy.

Pamiętam pewną dziwną rozmowę, którą miałam z mamą kilka lat temu. Dotyczyła ona ślubu księcia Harry'ego. 

Moja mama: Jak wszyscy będą tak robić, to zabraknie białych ludzi.

Ja: Ale ty wiesz, że Meghan Markle nawet nie wygląda specjalnie na Czarną? A w ogóle mówienie w ten sposób o małżeństwach mieszanych jest rasistowskie. 

Moja mama: Nie jestem rasistką. Jak są czarni w rodzinie, to takie rzeczy wychodzą na jaw nawet po kilku pokoleniach. 

Wtedy nie umiałam określić, co jest nie tak z jej rozumowaniem. Teraz już wiem. Mniej więcej. I w sumie dziwi mnie, że nawet do Polski przeniknęło to opresyjne pojmowanie białości.

W takim rozumieniu osoba biała to osoba, która nie tylko wygląda biało. To osoba, która nie ma czarnoskórych przodków od... Pięciu pokoleń? Czterech pokoleń? A może tych przodków nie powinna mieć wcale? No bo wiecie, zawsze się może coś ujawnić. Więc strzeż się. Krew afrykańska to coś, o czym się nie mówi. Krew afrykańska to powód do wstydu. 

I, Boru Wszechlistny, taką logikę ukształtował nie tylko strach przed Czarną planetą czy przed staniem się mniejszością. Taką logikę ukształtował kolonializm, koloryzm, amerykańskie one drop rule, czyli zasada głosząca, że jakikolwiek czarnoskóry przodek czyni cię osobą nie-białą. Ale jest w tym jeszcze coś. Strach przed torna atrás.

Torna atrás to pojęcie z hiszpańskich kolonii Ameryki Łacińskiej. Oznaczało osobę z czarnoskórą praprababcią lub prapradziadkiem, która wyglądała na osobę koloru, pomimo iż znakomita większość jej przodków była biała. I chociaż terminu tego nie używano raczej w życiu codziennym (na tym etapie osoby Czarne w jednej szesnastej po prostu uznawano w Ameryce Łacińskiej za białe) to myślę, że jest on pomocny w opisie pewnego strachu i pewnego mitu. Że czarność jest czymś, czego należy się bać i się wstydzić. Bo może wrócić. W realnym życiu nieczęsto się zdarza, aby po kilku pokoleniach w białej rodzinie przyszło na świat ciemnoskóre dziecko. Ale w tekstach kultury wykorzystywano ten motyw w antyrasistowski i inspirujący sposób. Motyw, do którego wiele osób nadal podchodzi ze strachem.

Umówmy się, wiele osób krytykuje teorię o tym, że królowa Charlotte Mecklenburg-Strelitz (1744-1818) była mixed-race bynajmniej nie dlatego, że jedyna domniemana Czarna przodkini władczyni żyła w trzynastym wieku. A ujawnienie się “afrykańskich” rysów po pięciuset latach jest... Średnio prawdopodobne. Większość osób zwyczajnie boi się myśli o tym, że brytyjska królowa mogła być osobą koloru. Że jak to? Że w Wielkiej Brytanii już wtedy nie wszyscy byli biali? Że osoby PoC w epoce regencji to nie jest współczesny wymysł? Że osoba koloru u władzy? Takiego wała! Za przeproszeniem.

Strach przed torna atrás (tym razem bardzo dosłownym) to coś, co ja sama dobrze znam. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam “Generała w labiryncie” Gabriela Garcíi Márqueza, nie mogłam uwierzyć, że Márquez celowo i świadomie, na całe eony przed wszelkimi “Bridgertonami” czy “Anną Boleyn”, napisał Bolívara jako Afrolatynosa. Wmówiłam sobie, że nic takiego nie przeczytałam. No bo jak to - teraz to tożsamość rasową znanych postaci historycznych zmieniają NAWET w książkach? A w ogóle robienie z kogoś osoby PoC na podstawie domniemanej czarnoskórej praprababci to już przesada... Ostatecznie ta powieść mi pomogła. Uczyniła mnie bardziej tolerancyjną osobą, która odnalazła powiązania pomiędzy konceptem wykorzystanym przez Márqueza, a konceptem serialu “Bridgertonowie”, w którym królowa Charlotte jest osobą koloru. Zrozumiałam wtedy, że teorie o postaciach historycznych, którym po całych pokoleniach coś się ujawniło w wyglądzie, nie służą jakiemuś zakłamywaniu historii. Tym bardziej nie służą drażnieniu naszego białego ego. Służą temu, abyśmy spojrzały na otaczający nas świat z nowej strony. Bez strachu. 

Dlatego, wybaczcie mi, ale wolę, gdy castingi color blind krytykują nie biali, a ludzie koloru. Bo my, jako osoby białe, nie tyle chcemy np. jak najbardziej wiernych produkcji historycznych. Systemowy rasizm wychował nas do tego, abyśmy na widok osoby koloru, osoby niebiałej u władzy, odczuwały dyskomfort. Dlatego nie ufam ani sobie, ani wam, za gorsz. Wybaczcie. 

wtorek, 25 stycznia 2022

Orientalizm

 Znacie to słowo. Może nawet ze szkoły. Może myślicie, że oznacza ono inspirowanie się szeroko rozumianym Orientem - przez twórców. “Giaur”. “Sonety krymskie”. I tak dalej.

Ale to słowo oznacza też dział nauk humanistycznych zajmujących się Orientem, który zapoczątkowano w osiemnastym wieku, a rozwinięto w dziewiętnastym. Nie była to bynajmniej nauka neutralna i pozbawiona uprzedzeń. I to prowadzi nas do trzeciej definicji Orientalizmu - do stereotypowego ukazywania Azji (głównie zachodniej) oraz Afryki Północnej. Ten orientalizm - i jak był i jest on powiązany ze studiami nad Orientem - opisał Edward Wadie Said w swojej pracy z 1978 roku, która nosi tytuł, no cóż, “Orientalizm”.

Według Saida orientalizm opiera się na dychotomii. Zachód (zwłaszcza w rozumieniu Brytyjczyków i Francuzów) jest racjonalny, znany. Wschód jest obcy, irracjonalny, niezbadany. A jeśli już zostanie zbadany, to tylko przez Europejczyków. Poznany i opisany przez nich, nie przez jego mieszkańców. Mieszkańcy Wschodu bowiem się nie liczą. Są nieobecni. Są gorsi. Są podejrzliwi i kłamliwi. Są dziwni. Nie mogą o sobie decydować. Potrzebują rządów silnej ręki. Europejskiej ręki.

Znacie to skądś? Bo ja znam te wszystkie motywy całkiem dobrze. Słyszałam je w dyskusjach politycznych. Słyszałam je w dyskusjach o popkulturze. Orient ma milczeć. Dlatego będziemy rozmawiać o muzułmankach bez muzułmanek. Dlatego w filmie o Starożytnym Egipcie czy biblijnym potopie obsadzimy w głównych rolach białych Amerykanów i Brytyjczyków. Bo przecież Orient nie musi sam się reprezentować. My możemy reprezentować Orient. My zrobimy to lepiej, bo tam nie ma dobrych aktorów. Tam nie ma aktorów, z którymi może utożsamiać się Biały Człowiek. A w ogóle to już nie przesadzaj, bo nie wszystko jest kulturową hegemonią. Czyżby? 

“Race theory, ideas about primitive origins and primitive classifications, modern decadence, the progress of civilization, the destiny of the white (or Aryan) races, the need for colonial territories-all these were ele­ments in the peculiar amalgam of science, politics, and culture whose drift, almost without exception, was always to raise Europe or a European race to dominion over non-European portions of mankind.” 

 “The other circumstance common to the creation of the White Man and Orientalism is the "field" commanded by each, as well as the sense that such a field entails peculiar modes, even rituals, of behavior, learning, and possession. (...) Every statement made by Orientalists or White Men (who were usually interchangeable) conveyed a sense of the irreducible distance separating white from colored, or Occidental from Oriental; moreover, behind each statement there resonated the tradition of experience, learning, and education that kept the Oriental-colored to his position of object studied by the Occidental-white, instead of vice versa.” 

Edward Wadie Said, “Orientalizm” (w oryginale) 

piątek, 21 stycznia 2022

Język angielski - skróty i nie tylko

 BIPoC - Black, Indigenous and People of Color, czyli Czarni, Rdzenni Amerykanie ORAZ ludzie koloru

People of Color - ludzie koloru, osoby koloru, osoby niebiałe, czyli np. Czarni, Rdzenni Amerykanie, osoby pochodzące z Ameryki Łacińskiej, Karaibczycy, Azja i, osoby pochodzące z Indii, Oceanii, Afryki Północnej i Azji południowo-zachodniej. Jak widzicie, w języku angielskim, szczególnie w USA, to bardzo szeroka definicja. 

Afro-Indigenous - osoba, która identyfikuje się z Afroamerykanami oraz Rdzennymi Amerykanami. Pamiętajmy, że w przeciwieństwie do kolonialnych slurów takich, jak “s*mbo”, jest to termin w pełni neutralny. 

Afrolatino/a - Czarna osoba (także o mieszanym pochodzeniu rasowym) latynoamerykańskiego pochodzenia 

Hispanic - to kategoria etniczna, NIE rasowa, zwykle utożsamiana z Amerykanami latynoamerykańskiego pochodzenia, ale może też dotyczyć Amerykanów hiszpańskiego pochodzenia. 

Indian - w dzisiejszym angielskim nie oznacza Rdzennego Amerykanina, tylko osobę pochodzenia indyjskiego. 

Indigenous - Rdzenny Amerykanin/Rdzenna Amerykanka. Spotkałam się też z bardzo fajnym tłumaczeniem tego słowa jako “Indygenny/a”. No nie wiem, w przypadku tego neologizmu chyba trudno narzekać, że “eee, to za długie, lepiej mówić po staremu, Indianin”. 

Mixed-race - osoba o mieszanym pochodzeniu rasowym 

Multiracial - osoba, która identyfikuje się jako potomek_potomkini więcej, niż dwóch “ras”.

Racialized - coś, co jest urasowione, rozpatrywane w kategoriach rasowych. Czyli np. dyskurs społeczny. 

środa, 12 stycznia 2022

Dlaczego mówimy o Afroamerykanach, ale już nie o Euroamerykanach?

 Drogie osoby, ten wpis zainspirował esej z lat dziewięćdziesiątych - Slavery, Race, and Ideology in the United States of America autorstwa Barbary Jeanne Fields. W eseju tym autorka rozpatruje jak dopiero z czasem - już po rozpowszechnieniu instytucji niewolnictwa w brytyjskich koloniach - do bycia Czarnym zaczęto przykładać kategorie rasowe. I tymi kategoriami rasowymi żyjemy do dziś, wobec czego pojawia się pytanie - czy traktowanie Afryki Subsaharyjskiej jako monolitu jest z tym powiązane? Oczywiście, że tak. Fields pisze, że fakt, iż mówimy o Afroamerykanach, ale już nie Euroamerykanach, jest symptomatyczny. 

Amerykanie europejskiego pochodzenia mają ten przywilej, że mogą prześledzić, skąd pochodzą ich przodkowie - stąd takie nazwy, jak Irish-American czy Italian-American. 

Natomiast Czarni Amerykanie tego przywileju nie mają. W czasach niewolnictwa rozdzielano bowiem osoby z tych samych grup etnicznych. Żeby ze sobą nie współpracowały. Żeby się nie buntowały. W takim rozproszeniu trudno było pamiętać o tym, że czyimiś przodkami byli np. Jorubowie z Afryki Zachodniej. A do tego dochodzi jeszcze kwestia, że przecież większość Afroamerykanów ma de facto mieszane pochodzenie rasowe. Badania wykazały, że przeciętna Czarna osoba ze Stanów Zjednoczonych ma pomiędzy 19% a 29% “europejskiego” DNA (za https://www.baystatebanner.com/2017/12/27/u-s-still-clings-to-one-drop-rule/). A to, że np. osoba, której rodzicami byli amerykańska Włoszka i Afroamerykanin będzie postrzegana jako Czarna, to jeszcze inna sprawa.

Czy zmierzam do tego, że słowo “African-American” jest problematyczne? W pewnym sensie jest, ale z pewnością nie jest też obraźliwe. 

Z drugiej strony, nie dziwię się jakoś, że w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych popularność zyskuje określenie Black. 

piątek, 7 stycznia 2022

Cywilizacja Zachodu, czyli co?

 Drogie osoby, na pewno spotkałyście się kiedyś z tym określeniem. Że jest coś takiego, jak cywilizacja Zachodu, czyli Europa oraz... co? Kanada, USA, i Australia? Nie wiem. Zapewne też spotkałyście się z twierdzeniem, że ta cywilizacja jest wyjątkowa, i że wywodzi się ona od Starożytnej Grecji i Rzymu. Wicie-rozumicie, taka ciągłość jakichś dwóch i pół tysiąca lat. 

Skąd wzięło się to przekonanie? I czy podzielali je starożytni? Czy, np., Starożytni Grecy czuli się Europejczykami? Arystoteles, jeden z największych filozofów “europejskiej” cywilizacji, tak się czuł? 

Nope.

 Ludy bowiem mieszkające w zimnych krajach i w Europie są

wprawdzie pełne ducha wojennego, ale wykazują pewien brak bystrości i zdolności

do sztuk, dlatego też utrzymują łatwiej swą wolność; nie umieją jednak tworzyć

organizacji państwowych i nie potrafią panować nad sąsiadami. Przeciwnie, ludy

azjatyckie są wprawdzie bystre i posiadają zdolności twórcze, ale brak im odwagi,

toteż żyją stale w zależności i niewoli. Natomiast naród grecki, jak co do położenia

w środku się znajduje, tak i dodatnie cechy jednych i drugich posiada, bo jest

i odważny, i twórczy. Dlatego trwale utrzymuje swą wolność i ma najlepsze

urządzenia państwowe, a byłby w stanie panować nad wszystkimi narodami, gdyby

się w jedno państwo zespolił.

Arystoteles, “Polityka” 

Trudno mi tutaj dopatrywać się jakiegoś poczucia wspólnej tożsamości, jakiegoś świata Zachodu. Widzę raczej swoisty etnocentryzm Starożytnych Greków i przekonanie, że różnili się zarówno od mieszkańców Azji, jak i Europy - w ich rozumieniu ot, lądów na północy, miejsca bez cywilizacji.

No dobrze, stwierdzicie, ale Imperium Rzymskie chyba już można traktować jako podwaliny Europy? A widziałyście jego mapę, drogie osoby? Imperium Rzymskie było skoncentrowane wokół Morza Śródziemnego i odziedziczyło infrastrukturę m.in. po państwach hellenistycznych. Azja Mniejsza, Maghreb, Bliski Wschód, te sprawy. To wszystko były tereny pod rzymskim panowaniem. Z Maghrebu pochodzili Święty Augustyn, dramatopisarz Publiusz Terencjusz Afer, teolog Tertullian. Sławnych twórców i teologów pochodzących z Brytanii czy Germanii nie stwierdzono.

Myślałyście kiedyś o tym, że w dzisiejszych czasach Święty Augustyn zapewne uchodziłby za osobę PoC - jako człowiek z Bliskiego Wschodu? Nie? 

Jak niby ten świat Zachodu ma łączyć antyczna cywilizacja, skoro ten koncept wyklucza całe obszary, które znajdowały się pod greckimi i rzymskimi wpływami? 

To może chodzi o coś innego? O chrześcijaństwo? W takim razie co z Rosją? Co z Ameryką Łacińską? Dlaczego te kraje i regiony nie są już uznawane za część tzw. Zachodu? 

Cóż, najwyraźniej jak zwykle wszystko to jest konstruktem społecznym, powstałym po to, aby strategicznie upieprz*ć tych, którzy nie byli wystarczająco biali/katoliccy/prawosławni/wszystko na raz.

Przekonanie o wyjątkowości Zachodu w niczym nam nie pomaga. Oświeceniowi filozofowie mogli sobie wypracować niespotykany wcześniej koncept praw człowieka nie dlatego, że Europa była So Speshul, tylko dlatego, że Francja czy Anglia bogaciły się i rozwijały dzięki kolonialnemu wyzyskowi, tak samo USA. To dało Europie Zachodniej przewagę, jakiej nie miał żaden inny region - przewagę ekonomiczną i hegemonię kulturową. Bo zakładam, że jeśli już mówimy o tych wyjątkowych osiągnięciach, to nie chodzi nam o to, co powstawało w Estonii czy Albanii, prawda? Nie no wiem, “Disco Elysium” to jest wyjątkowe osiągnięcie.

Zdradzę wam teraz, że nie piszę tego wszystkiego jako mityczna SJW niebawidząca własnej kultury, cokolwiek to znaczy. Piszę to jako osoba, która wie, ile światu dały azjatyckie cywilizacje, ile dało Bizancjum, Aksum, muzułmańskie kalifaty. Piszę to jako osoba, która wie, że Rzymianie czy Grecy nie uznaliby jej za jedną ze swoich. I nie mam z tym problemu. 

Wiecie, z czym mam problem? Z licytowaniem się na to, która i czyja kultura jest lepsza. Z fałszywą narracją o tym, że bez cywilizacji X kultura Y niczego by nie osiągnęła. W ten sposób można zaszantażować absolutnie każdy region. Wielka Brytania? Hehehe, co niby ci barbarzyńcy osiągnęliby bez Rzymian? Pewnie nadal żyliby w jakichś okrągłych lepiankach i malowali się na niebiesko. Hyhyhy.

Powinnyśmy lepiej to rozumieć jako mieszkańcy peryferii. Powinnyśmy być odrobinę bardziej solidarni/e, a odrobinę mniej oceniający/e. Serio.

Do rantu zainspirował mnie ten artykuł: 

https://talesoftimesforgotten.com/2020/02/23/what-do-conservatives-really-mean-when-they-talk-about-western-civilization/

Polecanki wewnątrzblogowe

Skoro już tu jesteście...

... To zapraszam was do wypełnienia kilku ankiet. Nie przejmujcie się, jeśli nie będziecie w stanie rozpoznać postaci historycznych, których...