No dobrze, to dlaczego zatem często piszę o aferach castingowych? Właśnie dlatego, że wierzę, że jakość filmu czy serialu należy oceniać na podstawie scenariusza, aktorstwa, montażu itd., a nie na podstawie koloru skóry syrenki czy płci Liet Kynes(a). Pewnie, pisałabym więcej o takich techniczno-artystycznych aspektach, ale one, nawiasem mówiąc, bardziej nadają się do blogu lub profilu poświęconego stricte popkulturze.
No dobrze, ale wiecie, co byłoby fajne? Byłoby fajnie, gdyby kiepskie lub przeciętne produkcje, które wychodziły mniej więcej po 2015 roku, krytykowano właśnie za kwestie techniczno-artystyczne, a nie za to, że są za bardzo “woke”. Byłoby też fajnie, gdyby komentariat nie ulegał teoriom spiskowym w rodzaju “«Chłopi» byli za bardzo biali na Oscara”. No bo wiecie, w takim “Oppenhaimerze” grali przecież sami Czarni i lesbijki na wózkach.
W obecnym kontekście kulturowo-politycznym dochodzimy do sytuacji, w której nawet jak powiesz, że owszem, serial x ci się nie spodobał z powodu np. kiepskiego scenariusza, niedopracowanych dekoracji i średniego aktorstwa, to dostaniesz odpowiedź, że to wszystko wina obsady zatrudnianej za różnorodność, a w ogóle to promocja LGBT+ za 9.99. I jak to rozumieć? Że np. jakby “Akolita” był o białych heteroseksualnych chłopakach, to magicznie poprawiłby się scenariusz, tempo narracji, lore i aktorstwo?
Sorry, ale to medium tak nie działa, chociaż wielu “fanów” chciałoby, żeby tak było. Potem dostajemy niemerytoryczną krytykę i właściwie zero dyskusji na temat artystycznej i technicznej strony filmów, gier i seriali. Oczywiście są kanały czy blogi, które potrafią krytykować merytorycznie (tak, lewaki nie mają obowiązku lubić “Pierścieni Władzy”). Dla mnie to np. Zwierz Popkulturalny albo kanały Bez Schematu i Mistycyzm Popkulturowy. Tylko że różni obuŻeni spod znaku Drwala Rębajło mają niestety większą widoczność.

